Home GADŻETY MAŁEGO PODRÓŻNIKA O TYM JAK W NASZYM DOMU ZAMIESZKAŁ MAŁY ŻÓŁTY APARAT

O TYM JAK W NASZYM DOMU ZAMIESZKAŁ MAŁY ŻÓŁTY APARAT

Autor devil
nikon s33

Kiedy byliśmy mali, świat nie wydawał się nam specjalnie skomplikowany. Był dom, szkoła, podwórko, czasami coś po szkole. Byli też nasi rodzice, w których codziennym życiu (jakie by nie było) doszukiwaliśmy się wzorców.

Pamiętam jak zamieniałam wszystkie misie w pacjentów- ostrzykiwałam  je wodą i nasłuchiwałam co się dzieje  w  ich pluszowych serduchach, Smok za to tworzył wirtualną rzeczywistość na zabytkowych maszynach.

Dzieci obserwują i naśladują dorosłych,a już w szczególności tych z najbliższego otoczenia (zwłaszcza rodziców). Pieczemy ciasto a tu ciach i małe łapki całe w mące (podłoga w kuchni też), sadzimy kwiatki, a mały ogrodnik Śmiejek już czeka z kuchenną łyżką na możliwość grzebania w doniczkowej ziemi. Poranna kawka w sobotę też musi być obowiązkowo – oczywiście w wersji dla dzieci. Na drzewie w ogrodzie siada ptak – a tu mały podglądacz z lornetką goni w jego stronę.

Czasami to co  „podłapią”  za młodu zostaje z nimi tylko na chwile (życie się zmienia, gdzieś w przyszłości pojawiają się nowe ciekawe albo mniej ciekawe wzorce, często też jakaś przypadkowa sytuacja zasieje ziarno, które powoli sobie będzie kiełkować). Czasami jednak jakaś niby niewinna zabawa z dzieciństwa może zamienić się w przyszłości w coś, co zostanie pasją na całe życie.

Jedno jednak jest pewne…

TRZEBA MIEĆ PASJĘ ŻEBY ZARAZIĆ PASJĄ

nikon s33

Dzieci są bystre. Widzą, że coś rodzicowi sprawia ogromną radochę i podświadomie czują, że to musi być fajne i warto by robić to samo. A przynajmniej w miarę podobnie. W dodatku nie musimy się w związku z tym specjalnie napracować, żeby naszą pasję zaszczepić także w dziecku (jeśli dostosowane jest oczywiście do wieku – bo niemowlak nie zacznie raczej się wspinać czy malować pejzaży). Słyszałam swojego czasu historie pewnego maratończyka, którego dzieci w przedszkolu mają pewien „problem” – otóż… są szybsze niż pozostałe przedszkolaki – najczęściej biegną do miejsca docelowego zamiast iść, a pozostałe nie są w stanie nadążyć. Ich ulubioną zabawą były próby naśladowania tatusiowych treningów a przy okazji stały się niesamowicie sprawne. Znane są historie całych pokoleń malarzy czy literatów…

MAMA I TATA- FOTO ZAPALEŃCY

Nasze wspomnienia z dzieciństwa są w zasadzie podobne. Oboje mieliśmy w domu mnóstwo zdjęć, które często przeglądaliśmy wspólnie z rodzicami ale także samodzielnie, poszukując w nich różnych historii. Nasi rodziciele jednak nie wiedzieli o fotografii za dużo (chociaż Zenity mieliśmy w domach). Pierwsze własne sprzęty dostaliśmy na komunie. Pomijając dziecięce zabawy, wszystkiego jednak uczyliśmy się już jako dorośli, z zazdrością patrząc na młodszych „wymiataczy”, których ktoś wcześniej wprowadził w meandry dziedziny.

Teraz bywa, że po aparaty sięgamy równie często jak po jedzenie 😉 Nasze foto- graty zajmują tyle samo miejsca w szafie co cała garderoba Smoka (o swojej nie będę lepiej wspominać ;)) Na wszystkie wyjazdy zabieramy nasze  wielokilogramowe plecaki, które za każdym razem są z wielką podejrzliwością przeglądane na lotniskach, bo najdłuższe obiektywy w nich wyglądają jak groźne działa.

 MOGĘ TEŻ? MOGĘ TEŻ?

Mamy to szczęście, że nasz ogród przy domu ma swoje granice na kilkumetrowej  skarpie a pod nim łąka i las. Na łąkę przybiegają sarny, czasami jakiś dzik. Drzewa, krzaki i byliny na skarpie obsiadają różne gatunki ptaków. Zdarza się, że podbiegnie też na nią jakiś bażant czy lisek.

Często bywa tak, że jakiś zwierz za oknem pojawi się z nagła. Tata Smok biegnie po aparat, bijąc przy okazji rekord na setkę, leci na werandę, rzuca się na brzuch i czołga w stronę gościa na krzaku. Widzi to Kaja i szybko za nim. Ptak najczęściej na tym etapie już został spłoszony, ale ta niestrudzenie podąża w stronę nieznanego celu razem z tatą. Jeśli jednak coś się uchwycić udało – od razu dopada do ekranu aparatu i przegląda zdjęcia.

Najłatwiej dobyć jednak aparat zamocowany na statywie (na wysokości krzesełka turystycznego)- wtedy szybki bieg do instalacji i..

-Mogę też? Mogę też? Mogę ja teraz zrobić zdjęcie?

Nie pozostało nam więc nic innego jak poszukać czegoś bardziej dopasowanego do dziecięcych rączek, siły i możliwości. Czegoś co nie będzie wyglądać i działać jak zabawka (a na rynku jest trochę takich urządzeń), ale z drugiej strony będzie na tyle nieskomplikowane i przyjazne dla dziecka, że bez problemu będzie w stanie je obsłużyć (a, że dzieciom z rączek jednak co jakiś czas coś wypada- warto także, aby było wstrząsoodporne). No i wiadomo – ma wyglądać profi 😉 W końcu jak się malec będzie czuł z takim ni to pudełkiem ni to aparatem obok poważnie osprzętowanego rodzica….

JEST I ON – ŻÓŁTY BOHATER

nikon s33Pojawiła się idealna okazja – czwarte urodziny Kai. Uznaliśmy oboje, że jest już na tyle duża by opanować jakiś lekki aparat- nurtowało nas tylko pytanie „który wybrać?”.

Przeglądając takie w zasięgu ręki i portfela natrafiliśmy na nikona s33. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie naprawdę sensownie zaprojektowanego, pod kątem młodego użytkownika. Dostępny w kilku kolorkach (jest i róż i niebieski, poza tym biały i żółty) a w zestawie świetny plecak (naprawdę nieźle wykonany) ze specjalnym miejscem na aparat w środku.

W dodatku cały taki zestawik  jest dosyć tani. W specyfikacji jakoś specjalnie nie gmeraliśmy, bo i po co. Zarejestrowaliśmy kluczowe dla użytkowania parametry jak – dodatkowa możliwość nagrywania video, wodoodporność, wstrząsoodporność, możliwość wyboru prostszego – dziecięcego interfejsu, prosta „guzikologia” i… co zwróciło naszą  uwagę – dwa uchwyty pozwalające zamontować standardowy pasek, jak w „profesjonalnych” aparatach (a nie jakiś tam uchwyt na nadgarstek szerokości bransoletki). Od razu więc zamówiliśmy pasek (jedna z firm zgodziła się w normalnej cenie uszyć nam taki o podanych przez nas wymiarach, o wyglądzie jednego ze swojej standardowej oferty!)

Plecki Śmiejkowego aparatu wyglądają tak:

nikon s33

Radocha była niesamowita od pierwszych minut! Takiego prezentu się zdecydowanie nie spodziewała. O dziwo – wystarczyło kilka minut aby pojęła jego obsługę, chociaż w przypadku tak małych rączek dużo lepiej sprawdził by się przycisk spustu gdzieś na bocznej ścianie obudowy (jednak bywa, że przypadkowo trafia w przycisk On/OFF). Na początku ze zdjęciami wygrało filmowanie – nagrywane było dosłownie wszystko co się w domu działo. Dopiero kolejnym krokiem były zdjęcia. Jeśli chodzi o video – nie oczekiwaliśmy tutaj zbyt wiele, ale okazało się, że jakość zarówno obrazu jak i dźwięku jest naprawdę w porządku (może będzie okazja w przyszłości zamieścić jakiś śmiejkowy materiał video).

Jakość zdjęć także nas pozytywnie zaskoczyła. Nawet z naszym wrogiem nr 1 – lampą wbudowaną, poprawnie ustawia balans bieli i efekt końcowy jest naprawdę przyzwoity (o czym więcej w dalszej części).

I oto fotograf ze swoim żółtym przyjacielem w akcji:

kaja i nikon s33kaja i nikon s33

Zobaczymy jak dalej będzie wyglądał jego los, póki co jest zabierany na każdy dłuższy spacer i testowany przez Kaję w boju. Pierwszy poważniejszy sprawdzian czeka go na Sri Lance (z pewnością podzielimy się reportażem Kai wykonanego tym żółtym maluchem).

PIERWSZE EFEKTY FOTOGRAFICZNYCH PRÓB

Na koniec nie mogło zabraknąć  przykładowych zdjęć. Wybraliśmy kilka z pierwszych Śmiejkowych prób fotograficznych- zrobionych w trakcie spacerów po mieście. Kadrów w żadnym wypadku nie sugerowaliśmy, więc najczęściej to były płyty chodnikowe 😉 (które postanowiliśmy Wam darować). Na ten moment – to jest zabawa! O dziwo z wielu przypadkowych strzałów udało się wyłowić kilka perełek (pierwsza z artystycznym efektem wsadzenia palca w obiektyw 😉 ). Nie będę tutaj biadolić o jakości, bo aktualnie dostępne smartphone’y dysponują zapewne porównywalną bądź lepszą, ale nie dają szansy poczuć się dziecku jak prawdziwy fotograf! Często powtarzamy, że najważniejszy jest sam fakt tworzenia i to ile siebie zostawiamy w naszych pracach! Tak więc miłego oglądania tej małej, ale historycznej – bo pierwszej galerii zdjęć czteroletniej Kai:

kaja fotografujekaja fotografujekaja fotografujekaja fotografujekaja fotografuje

I tak oto, za sprawą małego żółtego aparatu, nikt w naszej trójce się nie uchował – wszyscy „padliśmy ofiarą” tego samego bakcyla, który całkowicie zmienia spojrzenie na świat.

Czas pokaże czy podobna miłość do fotografii, jaka jest w nas, wykiełkuje także w Kai. Z pewnością jednak to co sama odkryje i w czym my jej pomożemy, przekazując na tyle na ile będziemy w stanie naszą wiedzę, gdzieś kiedyś wykorzysta (oby tak, że nam czapki z głów pospadają) 😉

kaja i nikon s33

 

Może Ci się także spodobać

5 komentarzy

Blackregis 21 sierpnia 2016 at 09:35

Wygląda na to, ze rośnie druga mama:-) super!

Reply
devil 21 sierpnia 2016 at 17:00

Haha- dzięki 🙂 Mam nadzieję, że będzie spełniać swoje marzenia- a jakie one będą, czas pokaże ;]

Reply
Sri Lanka w obiektywie czterolatki - blog podróżniczy spiekua.pl 28 listopada 2016 at 20:26

[…] uznaliśmy, że dobrym prezentem na jej czwarte urodziny będzie pierwszy aparat fotograficzny (tutaj możecie przeczytać o nim nieco więcej). Teraz swój mały, żółty aparat zabiera ze sobą prawie wszędzie. Coraz lepiej sobie z nim […]

Reply
Marta 6 grudnia 2017 at 12:45

Zamierzam po takiej rekomendacji kupić córce ten aparat :). Czy mogłaby Pani zdradzić jaka firma uszyła ten fajowy pasek i jaką powinien mieć długość dla kilkulatka?

Reply
devil 7 grudnia 2017 at 22:02

Będzie zachwycona :). Nasz lądował kilka razy na kamieniach i nurkował – jest cały i zdrowy ;). Firma, która szyła dla nas pasek to Coloriso – prosiłam o specjalny wymiar: 50 cm x 3,5 cm. Odszyli go rewelacyjnie!

Reply

Zostaw komentarz