Home Azja NA SRI LANKĘ Z CZTEROLATKĄ, TRZEMA APARATAMI I TYSIĄCEM POMYSŁÓW? O TYM JAK SPEŁNIAMY NASZE MARZENIA

NA SRI LANKĘ Z CZTEROLATKĄ, TRZEMA APARATAMI I TYSIĄCEM POMYSŁÓW? O TYM JAK SPEŁNIAMY NASZE MARZENIA

Autor devil
Słyszeliśmy o niej od znajomych: „to przyrodniczy raj”, „tam jest wszystko – ptaki, zwierzaki, krajobrazy i klimaty niezłe”, „nigdzie nie spotkacie tylu słoni”, „plantacje na zboczach gór – musicie to zobaczyć” i najważniejsze: „a ileeee tam ptaaaków – mekka dla ptasiarzy”.  Sri lanka więc siedziała sobie w naszych głowach już od dawna.  Zawsze jednak było miliony różnych pomysłów i jakoś nam nie po drodze była. A z dzieckiem małym to już w ogóle… zapomnij… Na stole do tego co raz to pojawiał się Joker (z jakąś super_extra_destynacją) i bił biedną. Schowana pod inne karty, czekała cierpliwie na swój wielki moment… Zdecydowanie za długo…
.
Nasze poprzednie azjatyckie doświadczenia przy podróżowaniu z dzieckiem tym razem mocno ułatwiły decyzję. Tym razem ta kraina słoni, herbaty, pachnąca imbirem i kadzidełkami – ewidentnie na nas czekała. Nie mogliśmy jej odmówić nawet wtedy, kiedy okazało się że pouciekały nam wszystkie tanie loty, a te dostępne kosztowały kilka stówek więcej niż zakładaliśmy i zawierają 7 godzin „czekania” w Abu Dhabi. Nie wysłaliśmy jej do wszystkich diabłów nawet kiedy kalendarz mówił, że to słaby moment na wyjazd. Pozostało więc tylko jedno – coś zaplanować…
.

PLANIE – NAJLEPIEJ UŁÓŻ SIĘ SAM

..

plan

.
Startowaliśmy we trójkę – mama, tata, czterolatka. Każdy ze swoimi marzeniami i potrzebami (na szczęście nasza dwójka ma całkiem podobne ^^). Do tego coś co najbardziej nas boli – ograniczony czas (tym razem zaledwie 17dni). Trzeba było to wszystko jakoś pozbierać razem, ocenić odległości, ustalić priorytety, możliwości fizyczne (zwłaszcza naszego szkraba) itd.  – cała seria organizacyjnych dylematów. A ile razy go zmienialiśmy, napociliśmy się, żałowaliśmy, że skoro to, to koniecznie to a nie tamto. Zamiast 17 potrzebowalibyśmy 171 dni, ale jest jak jest i ułożyliśmy pod nas całkiem fajny plan, bazując na sztuce kompromisu (a, że w drodze trochę się pozmieniało – to już inna sprawa).
.
Na co zwróciliśmy szczególną uwagę przy tworzeniu naszego planu?.
💧︎ Nie jesteśmy jakimiś wybitnymi świątynnymi szwędaczami i koneserami (zwłaszcza Smok) – „wielkie, słynne i wybitne” budowle tego typu, wpisane na listy UNESCO itp. – ograniczamy do tych miejsc, które są naprawdę „konieczne do zobaczenia”, albo po prostu są po drodze i żal tam nie zajrzeć 😉
sri lanka
💧 Kochamy przyrodę i zawsze szukamy terenów, parków narodowych czy wyszukanych przez ludzi miejscówek, w których łazi, lata czy pływa coś wyjątkowego. A jak nic nie łazi i nie lata – to chociaż jest to jakiś naprawdę wybitny kawał skały, góry, wodospadu czy krajobrazu. Te punkty oznaczamy na mapie „specjalnymi” pinezkami.
nektarnik
💧 Być na Sri Lance i nie pojechać na plantacje to jak siedzieć na kolanach u Świętego Mikołaja i odejść bez prezentu – punkt obowiązkowy ;]
polaherbaciane
💧 Transport – 2ga klasa lokalnych pociągów i autobusy mają swój klimat, ale biorąc pod uwagę pewne ograniczenia – warto skonfrontować poetyckie podejście z rzeczywistością. Planowaliśmy zabrać ze sobą trochę fotograficznego gractwa (w tym bardzo długie i ciężkie obiektywy – skrzydła fotografa- przyrody), które waży i zajmuje miejsce. Do tego we trójkę ociupinkę trudniej niż we dwójkę ;] Fajnie by było więc trochę własnym autkiem, ale też poczuć klimat komunikacji lokalnej.
pociiąg
💧 O ile od miast zdecydowanie wolimy rezerwaty przyrody, o tyle całkiem nieźle czujemy się (cała nasza trójka) w takich tłocznych miejscach, jak miejskie targowiska, targi rybne, nocne bazary z milionem straganów z jedzeniem. Takie miejsca mają swój unikalny klimat – ludzie, zapachy, smaki… Często ktoś podchodzi – można zamienić chociaż kilka zdań czy uśmiechów.
bazar
💧 Fajnie by się wdrapać gdzieś wyżej i pooglądać kawałek świata z góry.
góry
💧 No i na koniec woda i piasek! Wiadomo – Kaja by nam nie darowała, gdybyśmy pominęli obcowanie z łopatką, wiaderkiem i pływaniem. Jakiś kawałek plaży i oceanu musiał być uwzględniony.
plaża
💧 A… no jeszcze może jakiś odpoczynek, czas na poczytanie książki i pluskanie w wodzie?
basen
.
Zastanawialiśmy się czy pragniemy niemożliwego…
.
 

IDEAŁY Z KARTKI VS RZECZYWISTOŚĆ – CZYLI CO NAM Z TEGO WSZYSTKIEGO WYSZŁO

.

Po stu modyfikacjach kartka aż świeciła od poukładanego na papierze pięknie planu. Ogarnęliśmy kwestie transportu na pierwszy tydzień z haczykiem. Radość od jednego ucha do szóstego ucha, aż tu nagle strzał w kostkę – byliśmy mocno napaleni wizytą w parku narodowym Yala (mieliśmy tam zaplanowane 2 dni –  można w nim spotkać m.in. lamparty jak ma się farta) – tymczasem dowiedzieliśmy się, że nie ma szans się tam dostać ze względu na prace posezonowe. Umarł w butach – możemy za to pooglądać największe stada dzikich słoni cejlońskich w innym parku… spoooko….
Plan wymagał 101szej modyfikacji. Nie ma bata – teraz to musi wyjść ładnie jak ta lala, a z gorszych doświadczeń to nam się może przytrafić co najwyżej jakiś wieczorna ulewa 😉 Żadna wiewiórka na drogę nam nie wyskoczy i żadne nieświeże curry w brudnej łazience na dwa dni nie zatrzyma…
,
słoń na drodze
.
PLAN: Lądujemy w Abu Dhabi. Łapiemy coś na czterech kołach i gonimy do Wielkiego Meczetu, który sobie w jakieś 3 godzinki powinniśmy całkiem nieźle obejść i z pewnością zdążymy wrócić z zapasem. Może nie będzie aż tak gorąco, jak mówią.
RZECZYWISTOŚĆ: Wylądowaliśmy z dziesiątkami innych samolotów i zanim się przedarliśmy przez tłumy i załatwiliśmy sprawy paszportowe, minęło z 1,5 godziny. Udało nam się dogadać na całkiem tani dojazd pod meczet taxą (po przeliczeniu – niecałe 50PLN), a to z 20km i dojechaliśmy tam… godzinę za wcześnie. Temperatura przekraczała już 40 stopni, a my ledwo znaleźliśmy kawałek cienia, żeby się schronić i poczekać na otwarcie. Siedząc na czerwonym żwirze, zjedliśmy pakunek z koszernym jedzeniem (Smok żartowniś, zamawia sobie jak tylko może „specjalne” zestawy w samolocie) – gdyby nas pewnie na tym nakrył ktoś z ochrony, zostalibyśmy spaleni żywcem^^ (chociaż słońce było bliskie takiemu czynowi tak czy siak). Kiedy udało się dostać do środka – na zewnątrz było już z 45 stopni. Istne piekło. Dobra chwila minęła, zanim przeszliśmy ich wszystkie super specjalne kontrole itd. Smok miał lepiej – miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem. Ja musiałam kisić się żywcem w kapturach i długich rękawach a i tak pewnie „nazbyt sexy” na ichniejsze standardy. Na plecach kilkanaście kilo a w rękach ze 4 – zrobiły swoje. Miejsce naprawdę piękne – ale… wierzymy w to, że jest jakiś moment w roku, w którym temperatury tutaj nie ścigają się z tymi w jądrze ziemi i da się to miejsce mocniej poznać. Po odruchach wymiotnych i kręceniu w głowie – czyli jakichś 3 godzinach od wejścia- uciekaliśmy na lotnisko… Trochę szkoda, ale kiedy białko zaczęło się ścinać  – wybraliśmy życie ;P
.
śniadanieabu dhabiabu dhabi abu dhabi abu dhabiwmeczeciewielki meczet
  .
PLAN:  W Colombo jak dolecimy będzie noc – nie lubimy stolic, więc śpimy i startujemy w interior o świcie. Uderzamy w samo serce Sri Lanki – w dodatku w przyrodnicze, do Parku Narodowego Minneriya. Niestety w samym parku spać nie można, więc osiedlimy się w jakimś niewielkim bungalowie, gdzieś na obrzeżach, skąd będzie nam łatwo dotrzeć do samego parku.
RZECZYWISTOŚĆ: Po wielu godzinach lotu, w Colombo wylądowaliśmy po 19. Było ciemno i naprawdę marzyliśmy o śnie w czymkolwiek co przypomina łóżko. Po stolicy wiele się nie spodziewaliśmy, pamiętając jak to w Indiach łaziły po nas robale z pleistocenu w hoteliku bez okien, z brązową wodą. A tutaj niespodzianka – o ile sam przejazd przez miasto trwał z 2 godziny to nasz uprzednio zarezerwowany nocleg okazał się szokująco przyjemny – czysto i pachnąco, a z rana za oknem „machał” do nas ocean! „Pensjonat” w budowie – więc balkon bez barierek i tym podobne klimaty – ale czyściusieńka nowa łazienka i … (aż żałuje, że nie było siły na robienie zdjęć) – pościel Dolcze end Gabana (oczywiście from Czajna) 😉 Zasnęliśmy jak niedźwiedzie na zimę, a droga następnego dnia ciągnęła się i ciągnęła w nieskończoność.  Nie było jednak źle – za oknem niezłe widoki,  a na trasie robiliśmy stopy w kilku ciekawych lokalizacjach.
sri lanka sri lankasri lanka sri lanka sri lanka
Po wielu godzinach jazdy w sam środek wyspy, trafiliśmy do miejsca,  na pierwszy rzut oka całkowicie odludnego. Poza nami i obsługą kilku domków nie było tam żywej duszy. Widać było, że czasy swojej świetności mają już za sobą, ale nie było to w żadnym wypadku wadą tego miejsca – czuć było, że przyroda tutaj puka w ramię i zaczepia uśmiechem.
Słoniowy raj okazał się rzeczywiście słoniowym rajem. Jakieś pół godziny, od przekroczenia bram parku, natrafiliśmy na pierwszego osobnika a później już na całe stadka. Oczywiście w Kenii czy Tanzanii naoglądaliśmy się słoni, ale te wydały nam się nieco inne – rna pierwszy rzut oka różnią się „wzrostem” i wielkością uszu . Strasznie szkoda, że na terenie parku nie można przebywać po zmroku – moment, w którym słońce znika za horyzontem jest tym, w którym można uchwycić coś wyjątkowego. Tutaj niestety wcześniej trzeba tak rozłożyć czas, żeby wyjechać poza bramy rezerwatu. Nie ma jednak co narzekać – każde z nas uwieczniło swoje wyjątkowe słoniątka 🙂
słonie słonie słonieminneriya minneriya minneriyasafari minneriya
.
PLAN: Z racji bliskości Sigiriji (słynnej „Lwiej Skały” – widocznej z wielu kilometrów), żal było nie zobaczyć tego miejsca z bliska. Na górę raczej  nie planowaliśmy wejść z Kają – naczytaliśmy się w sieci, że podejście jest wykańczające, zwłaszcza w upale, że zejście jest przerażające, zwłaszcza dla tych z lękami wysokości (bo jakieś platformy nad przepaścią i inne takie), że tzw. sigiriya boys (popychający lub podający ręce przy wspinaczce na górę) są bardzo nachalni i z dzieckiem to w ogóle zapomnij. Znajoma z Polski pisała, żeby wejść bez Kai może (najpierw jedno, potem drugie).
RZECZYWISTOŚĆ: Nie wiem kto pisał te wszystkie informacje o przeraźliwym wejściu. Naprawdę nie było źle – ze Smokiem stwierdziliśmy, że nawet się jakoś specjalnie nie zmęczyliśmy. Kaja wręcz chciała wchodzić następnego dnia po raz kolejny!  Będąc na miejscu stwierdziliśmy, że raz kozie śmierć – i jak będzie ciężko, to najwyżej zawrócimy. Bilety wstępu na sam teren – drogie jak diabli – 30usd/ za osobę (za Kaję nic nie płaciliśmy). Ok – w upale i parę schodów może porządnie zmęczyć. Dlatego warto zacząć wejście z samego rana, mieć ze sobą oczywiście zapas wody (mi bardzo dobrze popija się wodę z bukłaka – małymi łykami, za to często). Tu się zatrzymasz, tu porobisz zdjęcia, popatrzysz na widoki, pogadasz, tu i tam asekurujesz malucha – i nie wiadomo kiedy – jesteś na górze 🙂 A widoki naprawdę zacne. Zdecydowanie obowiązkowy punkt programu (pewnie gdybyśmy to jeszcze dłużej zostali – weszlibyśmy na pobliską górę, z której doskonale widać samą Sigiriję).
sigiriya

Z dołu wyglądać może trochę groźnie, ale podejście wcale nie jest takie trudne.

sigiriya Krótki odpoczynek.

sigiriya

Zaczynamy wchodzić, przedzierając się przez kamienne schody i labirynty.

sigiriya

Widoki z podejścia.

sigiriya

Na górze – fundamenty pałacu króla Kassjapy z V wieku n.e.

sigiriya

sigiriya

Dziewczyny na górze.

Widoki z góry. widok z gory

.

 PLAN:  Żadne ultrapopularne świątynie zębów czy nosów  nas nie interesowały specjalnie – zwłaszcza, że tam tłumy ludzi (i bilety wstępu z kosmosu – 50 USD/os!). Chcieliśmy trafić do jakiegoś charakterystycznego miejsca tego typu, ale nieco mniej obłożonego turystycznie. Dostaliśmy namiary na pięknie położone miejsce nad wodą, blisko Dambulli –  nad jeziorem Kandalama. Ze względu na tą bazę noclegową – wybraliśmy więc finalnie kompleks świątynny w Dambulli. Założenie było takie, że będzie nam tu miło, trafimy do przyrodniczego raju a i trochę pozwiedzamy okoliczne obiekty sakralne.
RZECZYWISTOŚĆ: Co tu dużo pisać – było cudownie. Rzeczywistość przerosła plany.  Dlaczego musieliśmy opuszczać to miejsce? Dlaczego tak szybko? 😉 Małe domki, kolorowe ptaki, nad jeziorem młodzież gra w krykieta, jezioro – wielkie i piękne. A sama Dambulla – warto było zobaczyć Złotą Świątynię i wdrapać się po kolejnych dziesiątkach czy setkach schodów na górę, żeby zobaczyć pięć świątyń ukrytych w jaskiniach.
dambulla dambulla dambulla dambulla dambulladambulla dambullamałpy
 .
PLAN: Udamy się w okolice Nuwara Elija – najwyżej położonej miejscowości na Sri Lance (ok. 1900 m n.p.m.) wśród wzgórz i pól herbacianych. Odwiedzimy plantacje, poszukamy jakiegoś ciekawego miejsca do podreptania po pagórkach, wśród herbacianych krzewów. To miejsce jawiło nam się do tej pory jako taki krajobrazowy raj z pocztówek – tak spektakularne, że trzeba tu koniecznie trafić. Słyszeliśmy i czytaliśmy, że tu znacznie zimniej niż w innych rejonach  wyspy – zapakowaliśmy więc jakieś konkretniejsze górskie spodnie, softshelle, nawet jakieś kurtki z membranami… taaa…
RZECZYWISTOŚĆ: Jak by się tu nie jeździło, odcinki między miastami, o ile wyglądają na całkiem krótkie – ich przebycie zajmuje całe godziny. Nie inaczej było tym razem. Dotarliśmy na miejsce wieczorem. Udało nam się jeszcze obejrzeć fabrykę herbaty – trochę po godzinach (zastaliśmy już stygnące maszyny i wysypane nowe dostawy liści na taśmy). Za to przydrożny hotelik, w którym się zatrzymaliśmy, był jak z bajki. Usytuowany na skraju zbocza – z widokiem na cudowne góry, za którymi szybko znikało słońce (może na nasz widok? ;P) Kolejne miejsce w budowie,  kolejne całkowicie puste – nikt tu się specjalnie względami bezpieczeństwa nie przejmuje, więc bez pytania spokojnie mogliśmy sobie spacerować po platformie budowanej konstrukcji, obserwując przy okazji jeden z najpiękniejszych
zachodów słońca w naszym życiu.
nuwara eliya nuwara eliya
A co ze słynnymi plantacjami? Wyglądały w zasadzie tak jak to sobie wyobrażaliśmy. Panie tu pracują z rana, w takich godzinach kiedy światło jest bardzo surowe – a jako, że każdy dzień tutaj był mocno słoneczny (deszcze sygnalizowały swoją obecność dopiero pod koniec naszej podróży), brakowało kilku chmurek, które by nam je nieco złagodziły (ot te fotograficzne zboczenia). Wokół Kai zaroiło się od zainteresowanych, zarówno samą małą blondyneczką jak i jej żółtym aparatem. Pojawiły się uśmiechy, zachęty do zdjęć – i od razu przeglądanie na wyświetlaczu zrobionych portretów. Kaja poczuła się tam tak swobodnie, że zaczęła – po  polsku – opowiadać paniom różne historie z ostatnich dni (pokazując poprzednie zdjęcia na aparacie). Te przytakiwały z uśmiechami, nie rozumiejąc zupełnie nic 😉 W samym mieście – przepiękny park z wieloma atrakcjami dla dzieci (polskie mamy by się załamały – wszystko z ciężkiej stali) i… wielka hałasująca spalinowa karuzela, waląca spalinami prosto w ludzi w środku. Dzieciom taki jednak „niewielki” dyskomfort nie przeszkadzał. Są bazary, jest gdzie zagubić się na kilka dni z plecakiem, między górkami i wodospadami – i… jest nieco chłodniej niż w pozostałej części wyspy (chociaż nie aż tak, jak zakładaliśmy, więc nasza odzież jak na lodowiec, była nam po nic).
nuwara eliyanuwara eliyana plantacjina plantacjikaruzela
.
PLAN: Ella – to miejsce było dla nas trochę zagadkowe. Przyciągały się nas tutaj góry i krajobrazy, ale nie odrobiliśmy wcześniej lekcji – i w zasadzie wrzuciliśmy to miejsce do naszych planów, bo … było po drodze i… liczyliśmy na to, że czymś nas zaskoczy. Ot tak – po prostu.
RZECZYWISTOŚĆ: Samo miasteczko nie jest jakoś bardzo wyjątkowe – takie „leniwe” miejsce, w którym co chwile mijaliśmy jakiegoś backpackersa. Widać, że tu się przecina wiele dróg a stacja kolejowa obsługuje liczne połączenia. Koszty noclegów też są wyższe, więc spaliśmy w miejscu, w którym biliśmy się na karate z robalami, a w moskitieiach były dziury wielkości głowy. Ptaki siadały na wysokości naszego balkonu i przyglądały się Kai, która na kocyku bawi się małymi laleczkami. Samo miejsce do tego miało inne niesamowite zalety – z dachu rozpościerały się genialne widoki na miasto i góry. Jedna wystawała ponad cały widok i tak mocno się do nas uśmiechała, że pomimo bardzo ciepłego kolejnego dnia – postanowiliśmy z niej pooglądać Świat. Tym samym obiecaliśmy Kai, ze to już ostatnie podejście na tym wyjeździe 😉 (chociaż na samej górze skakała po kamieniach i… cieszyła się bardzo, że w całym podejściu towarzyszył nam jakiś lokalny piesek).
No i ten dworzec – kilka razy dziennie odjeżdża stąd pociąg (spalinowy ), jadący sobie 30 na godzinę przez trawy, wśród małych miasteczek i palm a do tego najmłodszy członek naszej ekipy jest wielkim pasjonatem pociągów. Gdzie więc wsiąść w jeden z wagonów jak nie tu? 🙂

Ella EllaElla

.

PLAN: Nasz wymarzony park Yala, na który się tak mocno śliniliśmy, jak tylko kupiliśmy bilety musieliśmy odpuścić (prace różnorakie na jego terenie) – zostały więc nam z tych okolic tylko dwa parki narodowe – Udawalawe (znany głównie z dzikich słoni) i Bundala (ten z kolei z ptasiorów). 3 dni intensywnego obcowania z przyrodą i dzikimi zwierzętami.
RZECZYWISTOŚĆ: Trochę słoni naoglądaliśmy się w Minneriji i… jakos tak nam smutno na duszy cały czas z tą Yalą było. W drodze do Udawalawe okazało się, że można wjechać do jednego z dystryktów Yali – jednego z trzech tylko, ale… jak moglibyśmy odpuścić. Zdecydowaliśmy w Udawalawe podjechać tylko podejrzeć wieczorne karmienie małych słoników, które są w jednym z miejsc parku do piątego roku życia, a później w tym samym parku żyją już bez asysty opiekunów całkowicie wolne. Wiele miejscowych dzieci i Kaja patrzyły jak maluchy przybiegają po mleczko i listki – oczywiście mieliśmy problem, żeby się stamtąd urwać – bo nie mogła się napatrzeć na malce, które pokazywały swoje charakterki. Było już bardzo ciemno a bardzo chcieliśmy już dotrzeć na miejsce (z Udawalawe to jakieś 2 h drogi). I tak oto z gwiazdami przywitaliśmy naszą ziemię obiecaną… Awasę (to taki nasz żart etiopski – historię naszej Awasy obiecujemy opowiedzieć przy okazji Etiopii). Ba – nawet basenik taki z 3metry na 2 metry się nam trafił. Przez te dni na miejscu zjeździliśmy kawałek Yali, w który mogliśmy wjechać i Bundalę – lampartów nie było, ale za to jakie żołny i „sarenki”.

żołna antyloparodzinka na safaribasen

.

PLAN: Udamy się w stronę zachodniego wybrzeża – wyłapując co ciekawsze kąski na trasie, jak tylko się uda zatrzymać w jakimś ciekawym miejscu (fajnie było by np. zobaczyć i sfotografować rybaków na palach, znanych z pocztówek i okładek przewodników). Poza nimi – co się trafi 🙂 W tej części podróży jakoś bardzo nie chcieliśmy się skupiać na super wymyślonych celach. A niech nas los miło zaskoczy – zezwalamy! Uwiliśmy sobie jedynie wcześniej (wirtualnie) gniazdko na wyspie nie wyspie (fragmencie mierzei), jakieś 3 godzinki drogi od stolicy (w miejscu, do którego dopływa się jedynie łodzią). Dobrze czasami gdzieś zatrzymać się na dłużej niż dwa, trzy dni – i poznać coś,  czego można się dowiedzieć tylko od miejscowych albo dotrzeć tam przypadkiem.

RZECZYWISTOŚĆ:  Rybacy na palach (jeden z popularniejszych widoków pocztówkowych z tego rejonu) to żadni rybacy a naciągacze na kijach  – nawet się do nich nie zbliżajcie. Dobrze, że zostaliśmy w porę ostrzeżeni. Goście nie łowią ryb – łowią za to naiwniaków, którzy tak jak my wcześniej, myślą sobie, że uchwycą wymierającą profesję. Otóż tej profesji już nie ma – u nas to się nazywa „cepelia”. Ponoć próba nie zapłacenia im za pozowanie, może się skończyć nawet rękoczynami. Tyle więc z naszych rybaków.

Popędziliśmy za to do miejsca, które stworzyła natura i nie ma tam naganiaczy, łasych na portfele turystów – jakieś 10km od miejscowości Tangalle, jest naturalny gejzer oceaniczny i wyjątkowo malownicza plaża. Gejzer robi niesamowity efekt – podchodząc do sporych rozmiarów dziury w skale (ogrodzonej), słychać głośny szum, po czym nagle… wystrzał na wiele metrów w górę. Widać, że to także atrakcja dla miejscowych, których jest tu wielu. Kaja gejzer dumnie nazwała wulkanem – i do tej pory tak go wspomina 😉

gejzer oceanicznyrajska plaża

W drodze do naszej nowej Awasy (tak – wiem wiem – poznacie jej historię niebawem ^^) – trafiliśmy do wylęgarni żółwi oceanicznych w Kosgodzie. To miejsce ratuje wiele żółwiowych istnień. Nie tylko tych malutkich (wypuszczanych później na wolność), ale także kalekich czy urodzonych z wadami nie pozwalającymi na przetrwanie w oceanie. Co roku przyjeżdżają tu do pracy wolontariusze z całego świata.

żółwiki

Wylęgarnia żółwi w Kosgodzie – Kaja trzyma w dłoniach zaledwie kilkudniowe maluchy. Zanim wypłyną w wody oceanu – spędzą tu jeszcze kilka lat.

Ostatnie dni były magiczne – nasz nowy „dom” okazał się być prawdziwą krainą niespodzianek. Magiczne zachody słońca, plaża zakończona skałą, skrywającą w gąszczu buddyjską świątynke… Z jednej strony ocean, z drugiej rzeka, zatoka – czego chcieć więcej. Wstawaliśmy bardzo wcześnie rano, braliśmy łódkę i na rzecz fotografowaliśmy zimorodki i drapole, towarzyszyły nam pływające warany (spacerowały nam też pod samymi drzwiami i zaglądały do talerzy). Do okolicznych miast można było spokojnie dotrzeć tuk-tukami (Kaja wymarzyła sobie posiadanie własnego), po uprzednim dopłynięciu na brzeg łodzią. Tu właśnie chcieliśmy nieco zwolnić tempa.  Odwiedzaliśmy miejscowe targi, port rybacki, świątynie… Kaja miała czas na pływanie, zabawy w piasku i zbieranie kamieni. Było nam tak dobrze, że wymieniliśmy ze Smokiem w tym samym czasie radosne spojrzenia- kiedy natrafiliśmy na ofertę sprzedaży terenu nad rzeką…port rybacki port rybacki na lodcewaranzimorodekspiekua rodyinka

.


Celowo opuściliśmy parę topowych, przewodnikowych punktów – mając ograniczony czas, naszym zdaniem, warto wgryźć się w dane miejsce nie tylko łażąc wokół zabytków. Finalnie więc wyszło nam coś takiego (mapa rysowana „na kolanie”, więc jakaś „Mona Lisa” to to nie jest) :
mapa sri lanki
.
Czy coś byśmy zmienili?
.
Zdecydowanie przedłużylibyśmy nasz pobyt nad jeziorem Kandalama. Pewnie gdybyśmy trafili tutaj w innej porze roku i Yala była dostępna w pełnej krasie – tam spędzilibyśmy co najmniej 2 dni więcej. Może gdyby Kaja była większa i była taka możliwość – jakaś górka jeszcze i północ wyspy. Tak sobie możemy gdybać, tymczasem uważamy, że wybraliśmy całkiem niezłą trasę i żadnego punktu zdecydowanie byśmy z niej nie wyrzucili. Zobaczymy jak długo, ale póki co niemalże codziennie, Kaja wraca w swoich codziennych opowiastkach do różnych sri-lankowych przeżyć – a i my mamy nadzieję, że ta cudowna wspólna podróż zostanie w naszej pamięci na długo długo…
W końcu, jak mówią, wszystko co robimy – robimy dla wspomnień…

Może Ci się także spodobać

3 komentarze

Jay Kopp 20 października 2016 at 15:56

Super wpis. Fajne podejście do tematu Plan/Realizacja. My odwiedziliśmy trochę za dużo tych „must see”, ale jak to mówią – podróże kształcą. Teraz jesteśmy już o wiele mądrzejsi. Adams Peak to porażka, ale u was chyba naturalnie odpadło ze względu na Kaję. Mapka na końcu mega !

Reply
devil 20 października 2016 at 16:12

Haha – tak – czasamim te „must see” bywają niezłymi pułapkami. Może nie ze Sri Lanki, ale nigdy nie zapomnimy naszej etiopskiej „wpadki” – cały dzień mieliśmy zaplanowany, aby dotrzeć na coś, co się zwało „Singing words” – okazało się, że to dziura w ziemii, z której wychodzą śpiewający goście z wodą dla krów ! Masz rację z nauką na takich doświadczeniach – wszystkiego nigdy zobaczyć się nie da, a „za dużo” rzadko kiedy boli (nigdy nie wiadomo co się może przytrafić zupełnie przypadkiem, nawet w najbrzydszym i najmniej zachęcjącym miejscu). Musimy koniecznie pooglądać Waszą Sri lankę – Adam’s u nas odpadł rzeczywiście, ale zaliczyliśmy ten mniejszy – w Elli.

Reply
Rajskie wyspy na wakacje - nasze propozycje 1 marca 2017 at 22:47

[…] O naszej podróży na Sri Lankę pisaliśmy TUTAJ. […]

Reply

Zostaw komentarz