Home Ameryka Środkowa Jak wylądowaliśmy w kubańskim więzieniu

Jak wylądowaliśmy w kubańskim więzieniu

Autor devil
havana
To miała być historia o dobrze wykorzystanej okazji w podróży. Bardzo kolorowa, inspirująca, okraszona dużą ilością zdjęć i słońca. Tak to widzieliśmy, kiedy jeszcze w Panamie udało nam się zorganizować na szybko karty turysty, pozwalające zwiedzić Hawanę… (w końcu piekielnie długa przesiadka, odwołany lot itd. – jak tu nie opuścić lotniska?). To co się jednak wydarzyło później, przypomina mieszankę „Procesu” Kafki i realiów  z „Misia” Barei…

Ale od początku…

.

KIERUNEK – KUBA…

.

Dzień przed wylotem z Panamy siedzieliśmy sobie na dachu starego radaru wojsk US, w samym środku dżungli, z pewnym lekarzem z Puerto Rico. Rozmowa o ciekawych miejscach do zobaczenia w Ameryce Południowej i Środkowej, o ludziach, problemach jego kraju i (jak to z „ptasiarzem”)… o najpiękniejszych ptakach, z różnych zakątków świata – trwała w najlepsze.  Kaja w tym czasie przypatrywała się zwisającemu z drzewa leniwcowi. Bartkowi nagle zabrzęczał telefon. Przeczytał na głos SMS’a: „Twój lot z Hawany do Paryża [dane lotu] został odwołany. Najbliższy lot o godzinie: XX:XX. Skontaktuj się z przewoźnikiem, w celu ustalenia szczegółów.” Miny nam zrzedły. Taka niespodzianka na sam koniec podróży! Wizja spędzenia kolejnych godzin na lotnisku przerażała nas bardziej niż Buka w „Muminkach”, tym bardziej, że następnego dnia brutalny powrót do pracy (po jakichś stu przebytych lotach i hektogodzinach spędzonych w podróży). Jose (wspomniany lekarz) pocieszał nas, że może wcale nie będzie tak źle, uda nam się załatwić wizy i wyjedziemy na miasto – a tam przecież takie ciekawe klimaty!

W kolejce, przed wejściem do samolotu spotkaliśmy parę Niemców. Podobnie jak my lecieli do Berlina, przez Hawanę i Paryż (także wiedząc o odwołanym locie). Miło się rozmawiało i kiedy okazało się, że wydając 20 dolarów na głowę możemy kupić przy odprawie potrzebny świstek – przeszło nam przez myśl, żeby wyruszyć w stronę kubańskich uliczek całą ekipą. Z uśmiechami na ustach weszliśmy do samolotu. Szybko zasnęliśmy, kołysani wizją nowej przygody…

.

USZCZYPNIJ MNIE! TO TYLKO ZŁY SEN!

.

Tłum ludzi pchał się w stronę kontroli paszportowej, jak przy jakiejś ewakuacji budynku. W jednym okienku odprawa trwała szybciej, w innych ewidentnie się przeciągała. Kolejka, w której się ustawiliśmy, zmniejszała się jednak wyjątkowo wolno. Macie czasami takie wrażenie, że jakiś kawałek intuicji stuka Was w ramię i dopada Was uczucie, że za chwilę wydarzy się coś złego? Tak było w tym wypadku. Bartka coś tknęło i kiedy byliśmy całkiem blisko celnika pomyślał na głos:

Coś tu jest nie tak. Zobacz ile odprawia tą panienkę . Może zmienimy okienko?

Za późno. Wszystkie kolejki obok szybko zapełniły się ludźmi, a my zostaliśmy poproszeni przez typa z miną nietęgą. Najpierw nas skarcił, że podeszliśmy razem , ale do cholery… – z małym dzieckiem wszędzie nas tak odprawiano.

Zapytał Bartka o cel podróży, skąd przylecieliśmy i zażądał pokazania biletów powrotnych. Jak to ich jeszcze nie mamy? Jaki skasowany lot? Tłumaczyliśmy, pokazywaliśmy wydruki poprzednich wersji biletów, poinformowaliśmy, że podejdziemy do stanowisk check-in i otrzymamy aktualne (zgodnie z instrukcjami przekazanymi przez linie lotnicze). Bez szans!

– Stańcie tutaj obok. Zaraz ktoś do Was podejdzie. Nigdzie się nie ruszajcie!

– Co? Dlaczego tak? Mamy przecież ważne paszporty, mamy wizy, wykupione loty. Chcemy tylko sprawdzić co z naszymi bagażami, otrzymać nowe bilety i zwiedzić stolicę. W czym problem?

Urzędnicy wzruszali ramionami, robili dziwne miny, coś do siebie mówili pod nosem i nikt nie był w stanie udzielić nam sensownej odpowiedzi. Staliśmy jak wyrzutki i patrzyliśmy na ludzi, odprawiających się w innych stanowiskach (wychwyciliśmy także wzrokiem poznaną wcześniej parę, która pomimo identycznej sytuacji spokojnie przeszła przez punkt kontroli).
W pewnym momencie stało się coś dziwnego. Otoczyła nas grupa celników. Jedna z kobiet zabrała nasze paszporty, bilety lotnicze i wizy. Niby po konsultacji z „immigration officerem” i liniami lotniczymi. Mieli coś sprawdzić, coś ustalić z przedstawicielem linii lotniczych i cholera wie jeszcze kim. Pokazano nam kilka krzeseł obitych dermą, na których mieliśmy czekać i nie zadawać żadnych pytań. Zostaliśmy z niczym – bez dokumentów, bez możliwości konsultacji z kimkolwiek, bez jedzenia… Z dzieckiem na rękach, które trzęsło się z przerażenia, bo nie wiedziało o co chodzi. Bartek próbował śledzić urzędniczkę, która wędrowała z naszymi dokumentami to w jedną, to w drugą stronę. Kiedy podszedł, żeby dopytać kiedy będziemy mogli wyjść – z agresją został wysłany na „swoje miejsce”, z przekazem, żeby pohamował swoje chęci dociekania. Zostaliśmy uwięzieni w strefie niczyjej – nie wiedząc co nas dalej czeka. Byliśmy źli na siebie – przecież mogliśmy zmienić okienko, nie mówić o odwołanym locie (klasyczne gdybanie)… Zostaliśmy zatrzymani i nikt nie chciał nam powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi!

Minęły ze 3 godziny. O wyjściu na miasto już dawno zapomnieliśmy, chcieliśmy tylko odzyskać nasze dokumenty, nasze rzeczy i wrócić do domu, a to co się wokół nas działo było jak przedziwny spektakl. Najpierw zauważyliśmy jak nasze dokumenty zostały przekazane osobie z zewnątrz, która po prostu z nimi wyszła . Zrobiło nam się ciepło… Próbowaliśmy interweniować, wskazywaliśmy na dziecko, które miało łzy w oczach – nikt nie chciał z nami rozmawiać. Nagle wszyscy zaczęli udawać, że nie znają w ogóle angielskiego, a jedyne co są w stanie z siebie wydusić to „Seat and wait”. Przerobiłam więc wszystkie nasze bluzy i plecaki na łóżeczko dla Kai, żeby chociaż ona mogła przespać to piekło…

.

„NA KUBIE NIC NIE JEST NORMALNE”

.

Pracowało tam z 20 osób. Większość kobiet. Im mniej urodziwe i „większe” – tym bardziej eksponowały swoje ciało: ultrakrótkie spódniczki, pończochy w najróżniejsze wzory (wydostające się z tychże miniówek), bluzki, w których guziki trzymały zawartość na słowo honoru i tony świecącej biżuterii – taki styl obowiązywał w tym miejscu. Nie ma tu, że ktoś nie pali. Palą wszyscy! Znaki informujące o zakazie palenia wyglądały więc jak słaby żart. W toaletach dymu było tyle, że wchodziło się tam jak w gęstą mgłę. Odbywało się tu także większość spotkań towarzyskich (głównie w męskiej)! Panowie robili swoje przy pisuarach, a panie obok (nie tracąc czasu) – zagadywały ich w najlepsze i toczyły pogaduchy między sobą. Od czasu do czasu dochodziło tu także do zacieśniania relacji między pracownikami – to na blacie przy umywalkach, to przy ścianie… Było to nawet zabawne – po przekroczeniu drzwi klopa surowi urzędnicy zmieniali się nagle w absolutnie nieskrępowaną  grupę dobrych znajomych. Nie robili sobie nic z obecności pozostałych zatrzymanych (tak! nie byliśmy tam sami!).
Bartek wyczekał moment, w którym  toaletę opuścili prawie wszyscy .  Poczęstował papierosem urzędnika, który został w środku i zaczął luźną rozmowę. Próbował wybadać o chodzi, dlaczego nie mogą nam po prostu oddać dokumentów i wypuścić, starając się jeszcze mocniej zobrazować mu absurd całej sytuacji. Kiedy nie było wokół żadnego „świadka” – gość się nawet na chwilę otworzył i stwierdził:

Na Kubie nic nie jest normalne… Tak tu już jest i tyle. Przywykłem. Kiedy dostajemy rozkaz z góry to robimy. Ja rozumiem nawet Pana, ale naprawdę nic nie mogę zrobić. Pozostaje Wam czekać.

Czekaliśmy…

kuba

.

ŁATWIEJ JEST ZATRZYMAĆ

.

Co jakiś czas przylatywał kolejny samolot. Cała ekipa w jednej chwili poważniała i dobiegała do swoich stanowisk. Widać było, że większość odpraw przebiegała całkiem sprawnie  – zdarzały się jednak wyjątki… Jeden z turystów (na oko po 60-tce) prowadził na wózku swoją żonę. Kiedy zbliżali się do celnika, ten wskazał palcem na kamerkę zamontowaną dosyć wysoko i wykonał ręką gest, sugerujący konieczność wstania!

Pewien Włoch, podobnie jak my,  miał przesiadkę  w Hawanie. Niestety nie przewidziano na nią zbyt wiele czasu, a linie, którymi leciał – sugerowały ponowne nadanie bagażu. Pilnując zegarka, dosłownie biegł  do punktu kontroli paszportowej żeby szybko załatwić sprawę i dostać się na samolot. Komuś jednak zapaliła się kontrolka. Podobnie jak nas – pozbawiono go dokumentów, biletu i, rzecz jasna, możliwości zadbania o swój bagaż. Było widać przerażenie w jego oczach. Kiedy do końca boardingu zostało ledwie kilka minut – nie wiedział co ze sobą zrobić. Latał od urzędnika do urzędnika, a ci udawali, że jest niewidzialny. W ostatniej chwili ktoś do niego podszedł, wręczył paszport i kartę pokładową!

Dłużej od nas siedział tu także Niemiec z podwójnym paszportem (jego matka była Kubanką). Chciał odwiedzić rodzinę, z którą nie widział się kilka lat. Celnikowi wręczył swój aktualny, niemiecki paszport i szczęśliwie udał się po swój bagaż. Kiedy już wsiadał do taksówki – podbiegło do niego kilku urzędników i został ponownie zawrócony na lotnisko. Ktoś w systemie natrafił na informację, że poza niemieckim paszportem – ma on też kubański. Ten kubański powoli tracił ważność, więc coś tu jest nie tak! Sam przyznał, że tutaj zawsze jest jakiś problem.

– Nie obowiązują tutaj żadne zasady logiki. Kiedy sytuacja wykracza poza standard – oni po prostu wolą człowieka zatrzymać. Tak na wszelki wypadek. Po co by się później mieli tłumaczyć przed szefem?

Wypuścili go bez słowa po wielu godzinach…

.

JESTEŚMY WOLNI ?

.

Zauważyłam, że pewna kobieta w eleganckim gorseciku idzie w stronę jednego z biur, a w ręce trzyma coś, co przypomina nasze paszporty. Zainterweniowaliśmy tak szybko, jak się tylko dało, a ona nam je oddała! Tak po prostu!

Chwyciliśmy za nasze plecaki i popędziliśmy w stronę odpraw. Już prawie machaliśmy celnikowi przed oczami dokumentami, kiedy to dobiegł do nas pewien typ. Kilka gwiazdek na ramieniu, w ręce krótkofalówka.

– Poczekajcie! Idzie tu do Was osoba z AirFrance. Zaraz tu będzie.

– Ale my sobie poradzimy. Sami tam możemy spokojnie dojść.

– Nie. Macie poczekać tutaj!

To nacieszyliśmy się długo wolnością. Staliśmy znów pośrodku niczego, a wspomnianej osoby ani widu ani słychu. Dotarły za to trzy inne urzędniczki. Mówiły, że z AirFrance’m rozmawiały, ale na naszą prośbę podania numeru telefonu – odmówiły. Nie miały (wygląda logicznie – nie?). Poprosiły, żebyśmy na chwilę przekazali im nasze dokumenty – bo coś muszą sprawdzić. Tak właśnie utraciliśmy je po raz kolejny! Pół godziny później okazało się, że ponownie trafiły do „depozytu”.

Zdobyliśmy numer polskiej ambasady – był późny wieczór, więc nikt nie odbierał! Polskie i francuskie biuro AirFrance także! „Jesteśmy uziemieni” – pomyśleliśmy. Bartek już chciał kupować jakieś inne loty powrotne, ale nie mieliśmy ani Internetu, ani naszych dokumentów, ani gwarancji, że pozwolą nam lecieć!

Rozpłakałam się i dostałam zimnych dreszczy. Kaja obudziła się po krótkiej drzemce i powiedziała, że jest głodna. Nic dziwnego – nie jedliśmy nic od wielu godzin, a sucha bułka z poprzedniego lotu to słaba kolacja. Wybłagaliśmy urzędnika, żeby zaprowadził nas w miejsce, w którym możemy coś zjeść. Stał nad nami jak kat, a kiedy mu się znudziło – zakomunikował, że musimy już iść. Cholera jasna – byliśmy tam z małym dzieckiem! Nic złego nie zrobiliśmy!

kuba

„przepyszna” kolacja

.

CHCEMY DO DOMU…

.

Kiedy uczucie bezsilności urasta w człowieku do całkiem wysokiego poziomu – zaczyna czuć się jak dziecko, szukające mamy. Potrzebuje ciepła i bezpieczeństwa… Naszym największym marzeniem, w tamtej chwili, był zwyczajnie powrót do domu! Dawno tak mocno nie zatęskniliśmy za miękkim łóżkiem, deszczem za oknem i liśćmi do grabienia, spadających z wielkiego dębu w naszym ogrodzie. Wiele godzin na zimnej ławce – potraktowani jak zwierzęta, pozbawieni tożsamości i radości, z którą tam przybyliśmy – zrobiło swoje.

Siedzieliśmy skuleni jak zbite koty (Kaja raz po raz to przysypiała, to budziła się). Całkowicie zrezygnowani. Nie pamiętamy, żeby kiedykolwiek coś wprawiło nas w taki stan. Od ostatniego, tego dnia lotu, dzieliło nas z 1,5 godziny. W pewnym momencie podeszła do nas kobieta  – w białej koszuli i granatowej marynarce. Wyglądała na pracowniczkę linii lotniczych, ale nie miała żadnej plakietki potwierdzającej ten fakt. Bez słowa zaprowadziła nas do specjalnego punktu kontroli bezpieczeństwa, przez który normalnie przechodzą pracownicy lotniska. Wcisnęła do rąk bilety i po prostu zniknęła. Ale gdzie nasze karty pokładowe z numerami bagaży? Wołaliśmy, prosiliśmy o wezwanie jej przez radio – wszyscy mieli nas gdzieś!

.

PO PROSTU MIELIŚCIE PECHA!

.

Jak możecie się łatwo domyślić – historia spotkanej wcześniej pary potoczyła się zupełnie inaczej. Po przejściu przez kontrolę paszportową pobrali swoje bagaże, nadali je ponownie, a z racji opóźnienia – otrzymali vouchery na coś do jedzenia. Zdecydowali, że zamiast jechać na miasto – wykorzystają je po prostu w jakimś lokalu na zewnątrz: wypiją kilka piw, powspominają wyjazd, prześpią się. Trochę zmęczeni wrócili na lotnisko, kiedy wiedzieli, że ich lot już niebawem. Zobaczyli nas, usłyszeli przez jakie piekło przeszliśmy w tym samym czasie i ciężko im było w to uwierzyć!

Kiedy dolecieliśmy do Berlina, oni rzecz jasna otrzymali swoje bagaże – my tylko jeden! Informacja o losach kolejnego była niespójna. Raz niby gdzieś jechał, później nie mogli znaleźć… finalnie wrócił po tygodniu. Niekompletny (brakowało w nim routera LTE, który specjalnie kupiliśmy na tę podróż, żeby mieć kontakt ze światem).

kuba

Z przymrużeniem oka… Ostatnie zdjęcie zrobione przed wylotem z Hawany.

Nie chcemy w żadnym razie, żeby nasza historia rzuciła cień na Wasze plany podróży w te strony. Staliśmy się ofiarami  systemu i ludzi nim przesiąkniętych. Być może powiedzieliśmy za dużo, może takie tam mają procedury, albo po prostu mieliśmy pecha – „czujny” urzędnik chciał się wykazać przed przełożonym, a tu się tacy im akurat trafili idealni do uziemienia.

Czy wrócimy na Kubę? Sami nie wiemy. Niesprawiedliwym było by oceniać cały kraj z perspektywy jednej przykrej sytuacji. Z pewnością jednak będziemy bardziej skrupulatnie wybierać trasy lotów i miejsca przesiadek. Zobaczymy czym jeszcze los nas zaskoczy w kolejnych podróżach…


Jeśli podobała Ci się ta historia – będzie nam piekielnie miło, jeśli podzielisz się nią ze swoimi znajomymi. Zapraszamy także na nasz fanpage, na którym każdego dnia publikujemy mnóstwo zdjęć i opowiastek z naszych podróży .

Może Ci się także spodobać

5 komentarzy

Adam 6 października 2017 at 13:40

A może wystarczyło do nich, decir un poco en Espanol y explicar que Castro era una persona muy importante pro la historia? To oczywiście żart 🙂
Czyli to nie była kwestia stanięcia do złego okienka?

Reply
devil 6 października 2017 at 20:21

Haha – uśmiałam się :). A co do tego okienka – tak naprawdę to trudno powiedzieć :/. Teraz sądzimy, że inny urzędnik oznaczał by inny rozwój sytuacji. Decyzje zawsze podejmuje człowiek. Żeby się przekonać jak nasze losy mogły by się potoczyć w innym wypadku = pewnie musielibyśmy rozegrać równoległy scenariusz. Póki co nie mamy na to ochoty ;).

Reply
Evi Mielczarek 6 października 2017 at 17:27

Absolutnie historia nie tego kalibru, ale na Kubie tak właśnie jest, chory system i przesiąknięci nim ludzie. Pamietam jak kupiłam autobusy na Viazula z Havany do Varadero i z powrotem przez internet. W szoku byłam, że w ogóle w 2013 mam taką opcję. Bilet wydrukowałam, a ze na jednej kartce był i w tamtą stronę i powrotny to pomyślałam, że ułatwię wszystkim życie przecinając kartkę na pół. Big mistake, jak to powiedziała Julia Roberts w Pretty Woman do kobiety, która nie chciała jej obsłużyć. Ale jesteśmy na dworcu 30 min przed odjazdem, mamy bilety to siedzimy. Ale zauważam, że ludzie masowo podchodzą do Pani przy kasie – kasie takiej z PRL. No ale my mamy bilet, myślę. W końcu coś mnie tknęło na 10 min przed odjazdem i pytam panią co i jak. A ona ze u niej się te moje bilety wymienia na taki świstek ze starej kasy, na którym ona ręcznie coś bazgroli i to jest bilet. Ale że przecięłam kartkę to tak jakbym nie miała biletu. Lecę wiec do pana przy okienku do bagazy i pożyczą taśmy kawalek i nożyczki, sklejam, wracam, do odjazdu 3 min. A pani zaczyna wpisywanie z kajetu do kajetu, potem na ten świstek. Wsiadlyśmy w ostatniej chwili. Jaki sens było sprzedawać bilety online? Jeden Castro raczy wiedzieć!
Ale na Kubę warto, tylko jak ochłoniecie. Chociaż ja po Bali a minęło już 6 lat jeszcze nie ochłonęłam…. najważniejsze, że się wszystko dobrze skończyło.

Reply
devil 6 października 2017 at 20:16

Co za historia! Tak jak to się czyta to nic tylko pośmiać się z poziomu absurdu, ale kiedy tam byliście… Oczywistym było, że wydruk był jedynie reprezentacją wizualną całej transakcji, więc ta cała sytuacja z kartką w całości, z wymianą… A do tego, żeby było zabawne, nie ma co w tym wszystkim się logiki doszukiwać, próbować tłumaczyć itd. – bo tam jej zwyczajnie nie ma. Tylko ktoś zewnątrz może to zauważyć. Oni wierzą, że skoro pewne zasady zostały im przekazane w takiej, a nie innej formie – należy ich przestrzegać. Bezrefleksyjnie.
Pewnie kiedyś nam przejdzie. Jednego się tylko boimy. Skoro niektórzy tam tak łatwo są w stanie się wyprzeć faktów, w sytuacjach problematycznych na próżno w nich szukać zwyczajnych ludzkich odruchów – to jak wierzyć, że ktoś będzie w stanie udzielić nam pomocy, w sytuacji zagrażającej zdrowiu czy życiu. Na szczęście w tym wypadku – wróciliśmy dali i zdrowi i spokojnie możemy planować kolejne wyprawy :). Pozdrawiamy ciepło!

Reply
DaveZ 14 listopada 2017 at 12:17

Wspomnienia z Kuby rzeczywiście słabe 😉 , ale myślę że warto Kubę zobaczyć. Co do powyższych informacji sytuacja z Viazulem właśnie tak wygląda – wydruk z internetu trzeba przedstawić w kasie i dopiero dostaje się na jego podstawie kwitek, który jest biletem :-). Tu nasza relacja z Kuby z zeszłego roku : http://www.cro.pl/kuba-wyspa-kontrastow-t50276.html . Też mieliśmy przygodę z kubańskimi liniami lotniczymi i to chyba standard :-). My mieliśmy zaplanowany lot z Hawany do Baracoa podczas pobytu na wyspie i spędziliśmy cały dzień na lotnisku a noc w hotelu. Ostatecznie dolecieliśmy, ale na szczęście w drugą stronę wracaliśmy autobusami. Pozdrawiam

Reply

Zostaw komentarz